Dwuczęściowe Bikini

ABM_1462216009

Zastanawiałam się i czaiłam – kupić? nie kupić?
Trochę znudzona już dotychczasowymi treningami wzięłam, zapłaciłam i przećwiczyłam to BIKINI Ewy Chodakowskiej. Jeden z kilku treningów wydanych na płycie samej w sobie, do kupienia, a nie jako dodatek do gazety. Skąd mi się wzięło przekonanie, że to dość lajtowy trening – nie wiem, bo lajtowo nie jest. Nie powiedziałabym, że to ćwiczenia dla osób początkujących i zaawansowanych. Jest spore prawdopodobieństwo, że osoby będące na początku „przygody” z Chodakowską, rzucą tą płytę w kąt już po pierwszej części i nie wrócą do niej nigdy więcej. No właśnie. „Bikini” jest dwuczęściowe, z tym że część druga to powtórka części pierwszej.

Nie rzuciłam się od razu na wersje ćwiczeń dla zaawansowanych, bo żeby je wykonać poprawnie jeszcze długa droga przede mną. Długa, aczkolwiek mam nadzieję, że nieprzekraczająca 4 tygodni, o których wspomina Chodakowska, podczas których mam zamiar ćwiczyć regularnie, chociaż z tą regularnością bywa różnie, bo nie zawsze ćwiczy mi się jednakowo dobrze. Dany trening robiony jednego dnia jest jak rozgrzewka, a następnego dnia wydaje się nie do przejścia, ale faktycznie jest tak, że ciało jednak może więcej niż sądzi głowa. I tego właśnie ciała trzeba nauczyć się słuchać, mierzyć siły na zamiary, a niezdrową ambicję zostawić za drzwiami. Po tygodniu treningów nie ma co się rzucać na jakiś hardcore i to w wersji dla zaawansowanych. Nie bez powodu, Chodakowska pokazuje dwie wersje każdego ćwiczenia. Nie jest wstydem korzystać z tych łatwiejszych.

Ćwiczyłam różne wersje. Jak czułam, że nie dam rady zaawansowanej to poprzestawałam na podstawowej, a i tak dzień po treningu tylne mięśnie nóg dawały popalić. Minus tego Bikini jest taki, że mało w nim ćwiczeń na dolne partie brzucha, z którymi ja uporać się nie mogę jak świat światem. Góra ok., niemal przyrasta do kręgosłupa, za to dół nadrabia.
Nie ćwiczyłam wszystkich treningów jakie Chodakowska wypuściła na płytach, ale ten przy Bikini ma najlepszy stretching  po treningu. Dość długi, w porównaniu z innymi trwającymi 2-3 minuty i porządnie rozciągający. Irytujący momentami jest sposób prowadzenia treningu przez Ewę, tzn. wystudiowane teksty rodem z zajęć w klubie fitness. Wystarczy porównać ze Skalpelem, żeby widzieć różnicę. Czy to przeszkadza? Gdy robi się pajacyki, albo przeskoki z jednej nogi na drugą i pot leje się po plecach, to ma się to w dupie.

Co do diety… Nie ma diety, chociaż od kilku dni jem więcej owoców w postaci koktajli i smoothie. Jestem leniem. Nie chce mi się co godzinę obierać pomarańczy, albo grejpfruta, paprać się i ścierać sok z talerza, ścian, stołu i siebie, dla minuty jedzenia, dlatego jak już się do tego zabieram to hurtem. Cytrusy to jedne z tych owoców, których nie umiem jeść z gracją, bo zawsze prędzej czy później ktoś dostanie sokiem po oczach. Nie lubię też sięgać po jabłko, czy też banana między posiłkami, bo między posiłkami nie lubię jeść. A w ogóle to powinnam zacząć od tego, że niewiele owoców smakuje mi pojedynczo. Nie lubię samych pomarańczy, czy też samego kiwi, ale razem jako zmiksowana ciapa są całkiem zjadliwe. Dlatego taki koktajl, ewentualnie smoothie, które przygotowuję sobie na cały dzień jest dla mnie idealne, żeby w ogóle jeść owoce. Z wodą, albo z mlekiem kokosowym. Różnie.

Drugi dzień maja. Trzydziestego pierwszego zobaczymy jakie będą efekty. Póki co plan jest prosty:

  1. Ćwiczyć co najmniej 3 razy w tygodniu i o wcześniejszej porze (nie jak do tej pory około 21:00).
  2. Ograniczyć tłuszcze, żywność z glutenem i nabiał (dlaczego? Odpowiedź TUTAJ).
  3. Spać minimum 7 godzin.
  4. Nie popadać w skrajność i zachować zdrowy rozsądek… a z tym będzie u mnie najtrudniej.

Przykro mi

ABM_1461524895

Mijający właśnie weekend to jeden z tych weekendów, kiedy gdyby nie zegar to nie wiedziałabym, czy dzisiaj to już jutro, czy może jeszcze jednak nie.

Z kolei miniony piątek był jednym z tych dni, o których najlepiej jak najszybciej zapomnieć i modlić się, żeby więcej się nie powtórzył. Najgorsze w tym dniu było to, że nic się takiego nie stało, co mogłoby wpędzić mnie w aż tak parszywy nastrój. Żadnej tragedii, dramatu. Nic poza moimi własnymi żalami do siebie, że piszę za mało i niewystarczająco dobrze, a które pojawiły się przy okazji Blogotoku. Ominęła mnie V edycja pod hasłem „Blog – moja marka”.

Ominęła mnie z różnych przyczyn. Po części z tzw. losowych, a po części z mojego własnego wyboru. Po dwóch poprzednich takich spotkaniach wracałam do domu naładowana energią. Góry mogłam przenosić swoim pisaniem po każdym Blogotoku. Na żadnym z nich poza prelegentami nie poznałam nikogo i nie zapoznałam się z nikim. Integracja to nie moja najmocniejsza strona. Żebym zamknęła się w sobie na amen wystarczy postawić mnie wśród setek ludzi. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do zawarcia jakiejkolwiek znajomości w tak dużym towarzystwie. Owszem – pogadam, pouśmiecham się, stanę sobie gdzieś spokojnie, ale żeby pałać żądzą nowych znajomości – niekoniecznie.

Drugi powód, który w zasadzie powinnam wymienić jako pierwszy, to to że ja nie czuję się blogerką. Nie identyfikuję się z tymi wszystkimi ludźmi biegającymi z komórkami i robiącymi setki zdjęć w ciągu godziny, żeby co 15 minut wrzucać je do sieci, na każdy możliwy serwis społecznościowy. Krępuje mnie robienie zdjęć nawet na własnym balkonie, np. gdy chcę zrobić zdjęcie różowego nieba. Żeby zrobić zdjęcie Mojemu Komuś czaiłam się trzy miesiące. Nie pociąga mnie nałogowe hasztagowanie, twitterowanie, lajkowanie, szerowanie etc. Nie przemawia do mnie robienie zdjęć daniom, które za chwilę zjem, bo jem żeby się najeść, a nie po to, żeby poinformować świat, że właśnie zjadłam parówkę na śniadanie, albo kanapkę z pastą z tuńczyka na kolację. Ilekroć próbuję, wychodzi marnie, bo to nie moje klimaty. Nie czuję się w tym dobrze i wśród ludzi, których to pociąga, też nie jest mi fajnie.

Chciałabym mieć tysiące czytelników, ale nie umiem pisać systematycznie. Systematyczność to moja równie słaba strona, co integracja. Dlatego też na Facebooku jednego dnia wrzucam dużo materiałów, a później znikam na kilka dni. To nie lenistwo. Ja po prostu nie sądzę, żeby to co stanowi moją codzienność, jakkolwiek obfotografowane, Was interesowało, bo to się niczym nie różni od Waszej codzienności. Może nas różnić rodzaj słuchanej muzyki, albo rodzaj czytanych książek, czy też styl ubierania się, ale tak samo jak Wy chodzę do pracy, jem, śpię, biorę prysznic itd. Owszem, są takie chwile kiedy coś zachwyca mnie, rozśmiesza lub oburza na tyle, że dzielę się tym tutaj lub na fb, ale świeżo zrobiony manicure, czy nowy kubek z Biedronki do tych rzeczy nie należy, a mając konto na fb widzę, że na to właśnie jest spory popyt.

To właśnie przesądziło o tym, czy iść na spotkanie pt. „Blog – moja marka”. To nie jest żadna moja marka. Nie chcę stworzyć ze swojego bloga żadnej marki. Markę trzeba wykreować, zbudować i przekonać do niej ludzi. Pisząc o swoim życiu oznaczałoby to, że muszę kreować siebie tak, żeby był na mnie popyt, a kreowanie siebie pod czytelników mając trzydzieści lat to zdecydowanie nie to co mnie w pisaniu interesuje. Tym, którzy chcą coś kreować i budować swoją markę, życzę wszystkiego dobrego i przekazuję szczere wyrazy podziwu, bo ja tak po prostu nie umiem, a o ile byłoby łatwiej.

Faceci mają przechlapane…

ABM_1461081923

…a dosadniej rzecz ujmując – przesrane. Przebywając niemal zawsze i codziennie w towarzystwie kobiet obserwuję, że coraz powszechniejsze staje się zjawisko kiedy kobieta pewna tego, że facet jest już uwiązany (nie mylić z przywiązaniem), przemienia się w kwokę. Nie zawsze chodzi o małżeństwo. Nie chodzi też o narzeczeństwo, ale o moment w związku, kiedy kobieta z istoty rozumnej, przechodzi transformację i staje się gderliwą marudą, która swoje niezadowolenie z poczynań swojego mężczyzny wyraża przy każdej możliwej okazji, a więc jakieś dziesiątki razy dziennie.

Jadąc do pracy podsłuchałam rozmowę dwóch gimnazjalistów. Jeden zapytany przez drugiego „Jak tam z Klaudią”, zaczął się żalić, że zostawiła go dla jego najlepszego przyjaciela. Nie powiem, rozmowa jawiła mi się nieco humorystycznie, ale w sumie, czy to gimbus, czy niemowlak, czy też dorosły mężczyzna, emocje ma, z czym pewnie niektóre Panie Kwoki, niezupełnie się zgadzają.

W światopoglądzie Kwoki mężczyzna to istota nie tylko bez emocji, ale i bez najmniejszych śladów inteligencji, a co najmniej o inteligencji i kulturze osobistej zbliżonej do szympansów.

Przyszła mi dzisiaj na myśl książka, którą powinna przeczytać każda kobieta – „Czy mężczyźni są światu potrzebni?” Janusza L. Wiśniewskiego. Nie podejrzewam, aby kobiety, o których piszę coś z tej książki zrozumiały. Ba! Nie sądzę, żeby dały przekonać się do jej lektury, jako że facet według nich owszem, potrzebny jest, ale tylko w roli samca rozpłodowego. Panie w poczuciu swojej wyższości zapominają, że suma summarum w swojej prymitywności wszyscy jedziemy na tym samym wózku, a jak Wiśniewski pisze, nie tylko mężczyźni, ale ogólnie „ludzie są jednym z trzech gatunków, który pożąda i spółkuje bez względu na porę roku. Pozostałe dwa to muchy i pluskwy”.

Wiśniewski, wbrew podejrzeniom, że w książce pewnie staje murem za gatunkiem męskim, wylicza w niej wszelkie wady mężczyzn udowodnione przez naukowców. Np.

  • mężczyźni żyją około 8 lat krócej niż kobiety
  • mężczyzna w ciągu doby może osiągnąć max. 6 orgazmów, przy czym rekordowa ilość orgazmów u kobiety, podobno nie młodej, to ponad 100 w ciągu jednej doby
  • orgazm mężczyzny trwa około 6 sekund, u kobiety min. 23 sekundy
  • mężczyźni trzy razy częściej niż kobiety mają wady wymowy. ¾ jąkających się na świecie to mężczyźni
  • z 213 dewiacji seksualnych nazwanych przez naukowców, większość występuję tylko u mężczyzn, np. ekshibicjonizm
  • we wszystkich zbadanych kulturach mężczyźni są sprawcami ponad 85% zabójstw
  • mężczyźni 3 razy częściej niż kobiety uzależniają się od alkoholu, nikotyny i narkotyków

Życzę paniom adresatkom i tym, które odnajdują się w tym wpisie, aby pewnego dnia doszły do takiego samego wniosku, co Wiśniewski w swojej książce, że

„świat bez mężczyzn nawet jeśli możliwy, nie byłby dobrym miejscem, byłby zbyt pusty, nudny i smutny, i byłoby w nim przejmująco zimno. Bo mężczyźni są kobietom potrzebni. I to bardzo.”

Odchudzanie na pokaz

ABM_1460569328

Lat temu kilka, a konkretnie trzy, o tej samej porze roku, postanowiłam podjąć wyzwanie Ewy Chodakowskiej, aby stosować się do wskazówek zamieszczonych w książce „Zmień swoje życie z Ewą Chodakowską”. Trzymałam się ćwiczeń, trzymałam się diety (mniej więcej) i zdrowego trybu życia. Trzymałam się dzielnie… przez 16 dni.

Wyjechałam na kilka dni do Torunia, wróciłam z Torunia, ale nie wróciłam do regularnych ćwiczeń. Przed podjęciem tego wyzwania ćwiczyłam już prawie rok i sporo kilogramów zrzuciłam – około dziesięciu.

W książce jest miejsce na notatki po każdym przećwiczonym dniu. Sięgnęłam do tych moich notatek sprzed trzech lat i przypomniałam sobie ile wysiłku, czasu, potu i łez kosztowało mnie osiągnięcie takich efektów, jakie sobie ustawiłam za cel. Notatki przypomniały mi też ile kosztowało mnie to… hejtu, jaki pojawił się gdy efekty ćwiczeń zaczynały być widoczne. „Obnosi się z tym”, „zadziera nosa”, „wyżej sra niż dupę ma”… tylko dlatego, że ową dupę miałam chudszą o kilka kilogramów. Niemal równiutko trzy lata temu – 09.04.2013 r. napisałam takie oto słowa:

„Żadna z osób, które tak myślą nie pomyślała nawet ile potu, godzin, wysiłku i bólu mnie to kosztowało, ani że moja postawa teraz to nie zadzieranie nosa, a pewność siebie, która jest efektem ćwiczeń. Mają to w dupie. Pójdę zatem ich śladem – MAM TO W DUPIE.”

Moje efekty doceniła nawet sama Chodakowska, ale przecież i tak powinnam nosić na sobie worek po ziemniakach, żeby broń Boże ktoś nie pomyślał, że ja chudnę na pokaz.

Przechwytywanie

źródło: Facebook
l
ink do zdjęcia TUTAJ

Nie pamiętałam o tym. Zapomniałam już jak bardzo czyjś sukces kole w oczy. Zwłaszcza sukces mierzony w kilogramach, a już najbardziej ten mierzony w czyichś niezrzuconych kilogramach. Widocznie faktycznie dorosłam, skoro teraz o tym nawet nie myślę.

Teraz zamiast przejmować się czyimś gadaniem, biorę się po raz kolejny za tamto wyzwanie, któremu nie podołałam trzy lata temu. Jest kwiecień. Nie wiem ile ważę, bo nie mam wagi. Ilość zrzuconych kilogramów widzę po ciuchach, które robią się coraz luźniejsze. Przez pozostałych 17 dni tego miesiąca postanawiam schudnąć jeszcze min. 2 kg.
Miałam to zacząć już 4 dni temu i zrobiłam trening, ale podczas ostatniego ćwiczenia… ból w prawej łopatce. Nie mogłam się zebrać z podłogi, ani złapać oddechu. Dopadł mnie nerwoból. Obkleiłam się plastrami przeciwbólowymi i po dwóch dniach puściło. Dzisiaj więc podejście numer trzy. Nie odpuszczę.

Piątka w marcu

ABM_1459357526

W marcu jak w garncu – różnie bywa i tyczy się to w moim przypadku nie tylko pogody, ale i czytania. Zachęcona przez Agę, postanowiłam zapisywać tytuły wszystkich książek przeczytanych w 2016 roku. Ponieważ widać czarno na białym ile książek stuknęło mi dotychczas, mam motywację żeby tą liczbę zwiększać. Toteż w samym marcu na liczniku pojawiła się piątka. W tym miesiącu przeczytałam pięć książek, z czego cztery to dzieła Sapkowskiego.

Aga zachęciła mnie do zapisywania książek, a Mój Ktoś do przeczytania kilku konkretnych tytułów (jak na razie, bo szykuje się jeszcze na całą seria Gry o tron). Na pierwszy ogień poszedł Andrzej Sapkowski i jego Geralt z Riwii. Przeczytałam i lubię książki Tolkiena, uwielbiam Harrego Pottera, ale przed Sapkowskim broniłam się rękami i nogami. Wszystko przez serial „Wiedźmin”, w którym w głównego bohatera wciela się Michał Żebrowski – aktor, którego nie cierpię. Czegóż się jednak nie robi z miłości. Mój Ktoś wytłumaczył mi co i w jakiej kolejności czytać, bo w przypadku serii o Wiedźminie można się pogubić, a przynajmniej pogubiłam się ja. Od brata, też miłośnika fantastyki, pożyczyłam dwa tomy „Opowieści o wiedźminie”, pierwszą część sagi „Krew elfów”, a z biblioteki część drugą „Czas pogardy”.

Totalnie zielona jeśli chodzi o Sapkowskiego, z biblioteki wypożyczyłam też „Maladie”, za które wzięłam się od razu, ale przeczytanie tego jako pierwszą książkę sagi, Mój Ktoś skutecznie wybił mi z głowy, tłumacząc, że przed pięcioczęściową sagą, najpierw powinnam przeczytać „Opowieści o wiedźminie”, w których po kolei pojawiają się wszystkie postacie, grające później pierwsze skrzypce.

Argumentem, który mnie przekonał do sięgnięcia po Sapkowskiego było to, że Geralt to kawał cynicznego chama. Jako, że to mój ulubiony typ bohatera, wściubiłam nos w świat wiedźmina i wpadłam na amen. Nie kojarzę w całej mojej dotychczasowej karierze czytelniczki, żebym spotkała się z głównym bohaterem, który rzadko uczestniczy w dialogach, a jeśli już to bardzo oszczędnie. Jego postacią jest przesiąknięta każdy jeden wątek, jaki pojawia się w książce, pomimo tego, że nie zawsze w tym wątku pojawia się Geralt sam w sobie. No i ten język, jakim Sapkowski pisze…

„Opowieści o wiedźminie” cz. 1 i 2 to faktycznie świetne wprowadzenie do świata strzyg, czarodziejów, wiedźminów, elfów, driad, krasnoludów itd. itp. Biorąc się od razu za część pierwszą sagi można się trochę pogubić, aczkolwiek „Krew elfów” to jeszcze nie jakiś hardcore. Wręcz przeciwnie. W porównaniu z „Czasem pogardy” – częścią drugą sagi, „Krew elfów” bywa nudnawa. Owszem, trzyma w napięciu, jako że wojna kroi się ostro. Człowiek czeka i czeka, aż w końcu zacznie się rozpierducha i… koniec książki. Tak więc o ile „Opowieści o wiedźminie” to wprowadzenie do sagi ogólnie, o tyle część pierwsza sagi to taka przystawka do części drugiej, gdzie owa rozpierducha już się pojawia, przez co „Czas pogardy” to esencja tego co Sapkowski potrafi. Jak na razie i tylko i wyłącznie moim zdaniem, a trzy części sagi jeszcze przede mną.

W przerwie pomiędzy częścią 1 i 2 „Opowieści…”, a samą sagą, postanowiłam przeczytać coś lżejszego, łatwego i przyjemnego. Padło na „Kuźnię na rozdrożu” Ewy Siarkiewicz. Ani o książce, ani o autorce nic wcześniej nie wiedziałam. Pożyczyła mi to Aga, więc wzięłam i przeczytałam. W jeden dzień. „Kuźnia…” jest łatwa i jest przyjemna, ale jednak daje po emocjach. Główna bohaterka to niezdecydowana mimoza, która pod koniec książki odwraca się od szczęścia, które ma przed nosem i to z pełną świadomością głupoty jaką popełnia. Wszystkie wydarzenia są tak opisane, że książką miałam ochotę rzucić o ścianę i zwyzywać Adelę – główną bohaterkę od najgorszych.

W kwietniu, na liczniku stuknęła już jedynka – „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Autorki, którą też podsunął mi Mój Ktoś. Teraz wróciłam do wiedźmina i wzięłam się za trzecią część sagi – „Chrzest ognia” i mam nadzieję sagę już w całości łyknąć w kwietniu razem z dwoma książkami Joanny Bator, które cierpliwie czekają w kolejce.

Bez urazy

ABM_1458675345

Niektórzy z Was, wiedzą zapewne, że bieżący rok rozpoczęłam od stopy w gipsie. Pęknięta trzeszczka w prawej stopie unieruchomiła mnie na niemal cały miesiąc, ale że czas leczy rany i kości, o bólu zapomniałam, więc przyszedł czas na zbieranie dokumentacji dla ubezpieczyciela, od którego chciałam otrzymać przysługujące odszkodowanie.

I jakież było moje zdziwienie, gdy w ubiegłym tygodniu dowiedziałam się, że… nie miałam żadnego urazu stopy. No ale po kolei.

Na początku stycznia, a konkretniej 4 stycznia, udałam się do ortopedy w jednej z dyżurujących przychodni, z racji tego że bolał mnie spód prawej stopy – poduszka na której staje się przy chodzeniu. Nie była spuchnięta, nie było żadnej rany, po prostu bolało. Ortopeda – nazwijmy go Pierwszym, podotykał, popatrzył, sprawdził drugą stopę, czy jest jakaś różnica. Nie było żadnej, więc skierował mnie na prześwietlenie stopy. Wszystko zajęło 15 minut. Wróciłam do gabinetu, lekarz już miał zdjęcie RTG i stwierdził, że mam PĘKNIĘTĄ trzeszczkę. Biorąc pod uwagę, to że myślałam że na jakiejś maści przeciwbólowej się skończy, mocno zdziwiona, ale zgodziłam się na gips. Założyli mi go od razu na 2 tygodnie. Kule, zastrzyki, totalna dezorganizacja i frustracja z racji unieruchomienia. Jednym słowem – masakra.
Chcąc umówić się na zdjęcie gipsu na NFZ, okazało się że najbliższe terminy są za półtora miesiąca, więc zdecydowałam się na prywatną wizytę u ortopedy za 120 zł. Wchodzę do gabinetu w tej samej przychodni (przy czym zaznaczam, że nie był to ten sam lekarz, który zakładał mi gips, nazwijmy go Drugim) i mówię w czym rzecz. Drugi sprawdził w historii mojej „choroby” i mówi, że to było ZŁAMANIE. No ok. Jak zwał tak zwał, liczyło się tylko to żeby zdjęli mi gips. Zdjęli, Drugi podotykał, sprawdził, czy boli i po temacie. Dostałam jeszcze tydzień zwolnienia i wszystko powoli wracało do normy.

Jakieś dwa tygodnie temu poszłam do owej przychodni, żeby zebrać pełną dokumentację dla ubezpieczyciela. Skserowali mi (oczywiście płatnie) wszystko co na mnie mieli, zapłaciłam za wydanie zdjęcia z prześwietlenia i za jego opis. Pani przyjmująca pieniądze i zgłoszenie dała kwitek, że „zapłacono” i powiedziała, żebym przyszła następnego dnia po południu.
Poszłam następnego dnia po południu, zgłosiłam się do tego samego miejsca, gdzie urzędowała już inna pani i mówię, że ja po zdjęcie i opis:

- Nazwisko
- Jeruszka
Pani zaczęła przerzucać stertę kopert. Ja czekam.
- JAruszka?
- Nie. JEruszka
Ona szuka. Ja czekam
- Nie ma nic na GIEruszka
- JE! JEruszka. Przez J i E
Ona szuka. Ja się wkurwiam. Zdjęcia i opisu nie ma. Dzwoni do pracowni RTG, rozmawia kilka minut i pyta:
- Zanosiła pani pokwitowanie wpłaty do pokoju 508?
- Nie, a miałam zanieść?
- No tak!
- To czemu nikt mi o tym nie powiedział?
- Nie wiem, ale musi pani tam pokazać dowód wpłaty i dopiero wtedy zrobią pani opis.

Ok. Idę do pokoju 508, trzy piętra wyżej. Wchodzę, mówię że ja po zdjęcie i opis. Pani z czarną watą cukrową na głowie wzięła potwierdzenie i poinformowała mnie, żebym przyszła w poniedziałek po 14:00. Był czwartek.

W poniedziałek po 14:00 idę do przychodni i od nowa Polska Ludowa. Znowu podaję nazwisko, mówię po co, jak i dlaczego. Szukają dokumentów. Nie ma. Żółć mnie zalała i kurwica wzięła, ale myślę sobie ”Spokojnie, z pianą na ustach nic nie załatwisz”. Znowu telefon do 508. Szukają. Mija 15 minut i dowiaduję się, że lekarz opisujący (nazwijmy go Trzecim) wziął sobie moją „sprawę” do konsultacji z innym lekarzem i że mam przyjść „jutro po 14:00”. Z kolei ja ich poinformowałam, że „jutro po 14:00” nie mogę, że przyjdę w czwartek.
Nadszedł czwartek, jest godzina mniej więcej 12:00, jako że wyszłam z pracy wcześniej, i idę.
Weszłam. Panie już wiedziały po co. Dały zdjęcie, dały opis, kazały pokwitować odbiór. Pokwitowałam. Wyszłam.

Schodzę ze schodów. Wyjmuję z koperty opis i czytam, że: „Na wykonanych 04.01.2016 r. zdjęciach w obrębie stopy prawej kostne zmiany urazowe nie są widoczne”. Wydałam z siebie jedynie jedno głośne „KURWA MAĆ!”. Połowa marca, a ja po bieganiu przez tydzień po jeden świstek i płytę ze zdjęciem, dowiaduję się że w styczniu niesłusznie mnie wpakowali w gips.
Obracam się na pięcie i idę do recepcji. Mówię, że chcę albo z lekarzem, który robił opis, albo z kierownikiem bądź kierowniczką przychodni. Tłumaczę w jakiej sprawie.
Lekarza nie ma. Przyjmuje tylko od 07:00 do 09:00. Kierowniczki nie ma. Poprosiłam o nr telefonu bezpośrednio do niej. Nie bez wahania, ale pani w recepcji dała mi numer. Stacjonarny.

Dzwonię po powrocie do domu na rzekomo bezpośredni numer do kierowniczki i słyszę „Tu rejestracja przychodni…”. Po kilku przełączeniach i tłumaczeniu wszystkiego od nowa dwóm osobom, dowiedziałam się, że łączę się z rejestracją, bo „kierowniczka widocznie rozmawia”.

Odpuściłam na kilka dni, żeby ochłonąć.
Dzwonię dzisiaj. Dodzwoniłam się do sekretarki, która słysząc już moje wkurwienie, albowiem przez kilka dni nie ochłonęłam, a wręcz nakręciłam się bardziej, wzięła mój numer telefonu i powiedziała, że kierowniczka oddzwoni. Oddzwoniła po 15 minutach.
Wytłumaczyłam wszystko z podaniem dat, nazwisk, terminów, kwot itd. itp. Kierowniczka powiedziała, że postara się wyjaśnić to i zapytała, czy gdyby w grę wchodziła zmiana opisu, to czy mnie by to satysfakcjonowało. Zgodziłam się.

Po około 3 godzinach oddzwania z informacją, że opisu nie zmienią, bo lekarz Trzeci opis robił na podstawie prześwietlenia, a lekarz Pierwszy uraz tzn. ZŁAMANIE stwierdził na podstawie tego, co mi wymacał w stopie.
Zamarłam.
Do dzisiaj wydawało mi się, że żyjemy w XXI wieku i złamania tudzież pęknięcia kości stwierdza się na podstawie prześwietlenia, i że po to Rentgen to promieniowanie odkrył, żeby nie trzeba było nic macać. Do dzisiaj też wydawało mi się, że idąc do lekarza, wypadałoby go obdarzyć jednak jakąś formą zaufania, no bo jednak on medycynę studiował, nie ja. Ponieważ moje złudzenia okazały się funta kłaków niewarte, oszołomiona powiedziałam, że teraz to ja już zgłupiałam. Nie dość, że nie wiem już nawet czy ja miałam kość pękniętą, czy złamaną to jeszcze teraz nie wiem czy ja w ogóle powinnam mieć stopę włożoną w gips. Zażądałam tych wyjaśnień na piśmie. Kierowniczka powiedziała, że to w takim razie będzie wymagało konsultacji z Pierwszym, a on będzie dopiero po świętach.
Skąd wiedziała na jakiej podstawie Pierwszy stwierdził złamanie/pęknięcie, skoro teraz się wygadała, że z nim nie rozmawiała? Przemilczmy. Przemilczmy też to, że pamiętam jak dziś, jak Pierwszy już ze zdjęciem rentgenowskim na ekranie mówił, że muszę odpuścić fitness, bo tu widać pęknięcie. Po czym palcem wskazał na zdjęcie. Ja nie widziałam nic, ale uznałam że to on jest lekarzem. Nie ja.
Kierowniczce powiedziałam, że poczekam, ale nie odpuszczę dopóki nie dostanę rzeczowych wyjaśnień na piśmie. Umówiłyśmy się na 4 kwietnia.

To be continued…

Post i fitness

ABM_1458405926

Wrzuciłam sobie dzisiaj na fb ot tak zdjęcie efektów ćwiczeń z Chodakowską i po części efektów moich postanowień dotyczących diety w Wielkim Poście. Zdjęcie weszło w reakcję z oglądającymi ową fotografię. Efekty ćwiczeń, muszę osobiście przyznać, uspokajają moją spragnioną chudości duszę, ale nie są jak dla mnie wystarczające. Ćwiczę cały czas i ćwiczyć będę dopóki moje dolne partie IMG_20160319_093918brzucha nie zechcą się zmniejszyć. Mam zamiar nakłonić je do tego ograniczając tłuszcze. A jak wiadomo, albo i nie, w Wielkim Poście narzuciłam sobie embargo na słodycze dostarczane mojemu organizmowi. Postanowiłam zbojkotować węglowodany i cukry, a żeby wyzwanie zwiększyć, nie jadłam też pszennego pieczywa, co by nie powiedzieć „białego”, jednak w dobie równouprawnienia nie bądźmy rasistami.

Czy łączenie religii z fitnessem jest poprawne i słuszne? Nie wiem.
Czy udało mi się wytrwać w tych postanowieniach? NIE. Słodycze ograniczyłam tylko do tego stopnia, że nie kupowałam ich sama sobie, jak to naówczas bywało nagminnie. Odmawiałam częstowana w pracy przysłowiowym „czymś słodkim” do kawy, bo kawy w pracy po prostu nie piję. Rozpuszczalną z mlekiem odstawiłam całkiem już ponad dwa miesiące temu, a idąc za ciosem odstawiłam też to, co mleczne, z wyjątkiem serów, które jem sporadycznie. Kawę piję parzoną – fusiastą, przed pracą, ale po śniadaniu, które jem w domu. Na czczo nie piję nic, poza szklanką wody mineralnej, niegazowanej, tuż po przebudzeniu. Po porannej kawie, w pracy piję… koper włoski, miętę, pokrzywę i ewentualnie czystek. Dość nietypowo chyba jak na biurwę, ale to kwestia przyzwyczajenia.

Staram się pilnować regularności posiłków, żeby jeść co 3-4 godziny, co przy mojej pracy od 07:30 – 15:30 oznacza:

śniadanie w domu o 05:30,
II śniadanie (w pracy) o 08:30
pseudo obiad, czyli coś bardziej treściwego niż zwykła kanapka (w pracy) o 12:30
obiad z prawdziwego zdarzenia (w domu) około 16:30
ćwiczenia około 19:00 i po ćwiczeniach jakiś owoc, kanapka, czy coś

Muszę przyznać, że owoców jem niewiele. Od Mojego Kogoś dowiedziałam się, że np. jabłek nie powinno się jeść po południu, bo później jest lipa z trawieniem, więc dla bezpieczeństwa owoców nie jem prawie w ogóle, ale tej metody nie polecam. Z warzywami natomiast nie mam większych problemów z tym, że jem je głównie w zupach, z makaronem, w sałatkach itp. Jedyna roślina, którą jadam nałogowo to… sałata.

No a treningi? Treningi raz są, a raz ich nie ma, z tym że staram się, żeby nie zdarzała mi się przerwa dłuższa niż jeden dzień i ćwiczyć min. 4 razy w tygodniu. Ćwiczę „Skalpel” Ewy Chodakowskiej. Chyba jej najpierwsiejszy trening ever, taki co to po nim wszyscy już wiedzieli kim ta pani jest, czym się para i dlaczego tłuszcz się jej nie ima.
Czasami, gdy poza samym treningiem, zaczyna mnie męczyć też rutyna, włączam „Skalpel Wyzwanie”. Poza 3-4 jej ostatnimi płytami, przerobiłam wszystkie jej treningi, które ukazały się jako dodatek do gazety „Shape” i te, które zostały wydane jako Zosie Samosie, a wiec m.in. Skalpel Wyzwanie i ten trening, to jeden z bardziej dających w dupę, dlatego na moment gdy w treningi zaczyna się wdawać rutyna, jest idealny. Nieidealny jest natomiast jeszcze mój brzuch. O ile cała reszta ciała jest ok, o tyle dół brzucha jeszcze muszę zmusić do współpracy. Po dobroci próbowałam. Czas wytoczyć ciężkie działa – Wielki Tydzień się zbliża. Życzcie wytrwałości w zaciskaniu pasa.

O tym jak się słowo z rozumem rozstało

ABM_1458066189

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdy bliżej było mi do lat nastu, a nie kilkudziesięciu, pisałam dość dużo listów. Do każdego kto wykazywał chociażby najmniejszą chęć ich czytania, a więc do ciotek, koleżanek, przyjaciół etc. Ryzy papieru i fortuna wydawana na znaczki. Poczta Polska śmiało mogłaby mi dać kartę stałego klienta w owych minionych latach.

Pomimo tego, że dzisiaj nawet nie wiem, gdzie w okolicy jest jakakolwiek skrzynka pocztowa, przy bardzo osobistej okazji, postanowiłam Mojemu Komuś napisać list. Wiecznym piórem na zwykłej, najzwyklejszej kartce papieru. Zabrałam się więc do czyszczenia wiecznego pióra, które zaschnięte leżało gdzieś w kącie i odmawiało współpracy po latach w zapomnieniu. Kupiłam świeży atrament do pióra i zasiadłam do pisania. I co?

I przerażenie!!! Jak to? Nic mi literówki, ani błędu na czerwono nie podkreśli? Nie będę mogła kilka razy kliknąć i jakiś wyraz usunąć, żeby zastąpić go innym? Nie da się wyśrodkować, ani marginesem pobawić?! Panika! BOŻE!!! Jak ja mam pisać?! Piszę, piszę i piszę… Jest dobrze – pióro działa, wena jest, szybko idzie i nagle jeb! Literówka. No jak to tak dać Mojemu Komuś list z błędem bijącym po oczach? Przepisuję od nowa. Kończę zapisywać stronę i znowu nie ta litera, co ją chciałam napisać. I od nowa Polska ludowa. Ręka drżała mi przy każdym słowie, jak przed maturą. List napisałam, ale po którymś przepisywaniu go od nowa, postanowiłam że taki czy inny, wręczę go w końcu osobiście i niech się dzieje wola nieba.

I ot zwykłe skrobanie piórem po kartce przypomniało mi jak wielką odpowiedzialnością jest pisanie. Niby tego co powiedziane też odszczekać się nie da, ale wszelka głupota gdzieś napisana, boleśnie bije po oczach czarno na białym. Do tego się wraca. To co powiedziane przebrzmi, zostaje samo wspomnienie, a tusz na kartce zostanie. Każde zdanie rzucone gdzieś w sieci krąży i Bóg jeden raczy wiedzieć co się z nim stanie – kto je przeczyta, jak je odbierze i co też z nim zrobi.

Z drugiej strony, jakich informacji odnośnie czytelnictwa by nie znaleźć, wszędzie liczba osób w Polsce, które w ostatnim roku nie przeczytały nawet fragmentu książki, to kilkanaście milionów. I weź napisz coś co przyciągnie i zainteresuje pozostały procent społeczeństwa, a nie będzie przy tym pozbawione sensu. Sama muszę się przyznać, że poza książkami i kilkoma blogami, nie czytam nic, albo tyle ile muszę, np. żeby dowiedzieć się jak kiepsko jest z czytelnictwem w Polsce. Poza tym żadnych gazet, żadnych wiadomości – od ponad roku nie byłam na żadnym portalu informacyjnym, ani plotkarskim. O świecie wiem tyle, ile usłyszę na Trójce w ciągu godziny rano, podczas szykowania się do pracy. Do samego uruchamiania laptopa w domu czuję niechęć niemożebną, a co dopiero ślęczenie nad nim lub nad komórką i czytanie tego, co też wszechwiedzący internet głosi.

Wszędzie w tym wszystkim chodzi o słowo. Nie ma nic, co miałoby większą siłę. Można kogoś pobić, skopać i opluć, a i tak to nic w porównaniu z tym, jak bardzo można kogoś upodlić i zniechęcić słowami. Można kogoś też zagłaskać i zacałować na śmierć, a bez codziennego „Dzień dobry” z rana i tak jest jakoś nieswojo. I clou całego powyższego wywodu jest takie, że smutno mi trochę jak duży rozjazd się robi pomiędzy słowami, a myślą i czynem. Mielić jęzorem i szerzyć tzw. hejt na prawo i lewo jest łatwo i fajnie, według niektórych. Można też zwyzywać marznące dziecko na ławce, tuż pod murami pobliskiego Kościoła, w którym co niedziela przyjmuje się błogosławieństwo. Dobro i mądrość ubrane w słowo – to bywa rzadsze niż widok książki w rękach tzw. statystycznego Polaka.

Lustrzanka

ABM_1457373859

Trzy tygodnie i żadnego wpisu. To tyle, jeśli chodzi o moje postanowienie pisania częściej. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że udało mi się zrealizować drugie postanowienie – schudnąć do końca lutego min. 2 kg. Schudłam około 3 kilogramów, jak do tej pory. Treningi Chodakowskiej poszły w ruch i kilogramy z tyłka spadają na równi ze spodniami, które robią się coraz luźniejsze.

Luźniej też mam w głowie. Chyba. Ostatni miesiąc, a właściwie te trzy tygodnie z dala od wszystkiego to czas, kiedy w głowie przewartościowało mi się wszystko. Od poglądów, poprzez uczucia, na tym jak spędzam dni kończąc. Powoli wysypywałam przed Kimś to, co składało się na chaos w głowie i zaczęłam to układać, ale już nie sama. Dziwne to trochę, ale wzięłam i się zakochałam. No co zrobisz? No nic nie zrobisz.

Nagle wstawanie w sobotę o siódmej rano, żeby iść po świeże pieczywo, to przyjemność, a nie wyczyn ponad siły, do którego nikt nie był w stanie mnie zmusić. Nie pamiętam kiedy przed ostatnimi tygodniami wstałam w weekend z własnej woli przed dziesiątą rano. I nie wyobrażam sobie teraz wstać później niż o siódmej, stracić szansę na śniadanie i czytanie w fotelu, w zupełnej ciszy jaką gwarantuje mi wczesne wstawanie. Laptopa nie odpalam tygodniami. Dzielę swój czas na dwie osoby, a znalazłam go wystarczająco dużo, żeby ćwiczyć regularnie, gotować i jeść regularnie, więcej czytać i wszystko to robić lepiej.

A że jutro Dzień Kobiet, życzę wszystkim paniom, żeby pojawił się taki ktoś, dzięki komu będzie się żyło lepiej. Czy to facet, czy odbicie w lustrze, ale niech nam wszystkim, moje drogie Panie, będzie lepiej. Czy to ósmy marca, czy też świątek, piątek lub niedziela, powiedzcie tej, czasami sfochowanej, a czasami uśmiechniętej pani w lustrze, że jednak fajna babka z niej jest i niech jej tego Dnia Kobiet żaden foch, ani pan, nie zepsuje. Mężczyzna jest i fajnie go mieć, foch raz jest, raz go nie ma, a pani w lustrze zostanie i to z nią trzeba sobie życie ułożyć. Najlepszego Miłe Panie.

Walentynkowy burdel

ABM_1455561552

Moje obawy w związku z tym, że stan zakochania pomiesza mi w głowie i przestanę być SOBĄ, poszły w pizdu, bo okazało się, że nigdy się sobą i ze sobą lepiej nie czułam. Nie zmieniło się też to, że Walentynki wydają mi się i są – moim niezwykle skromnym zdaniem – jednym z najdurniejszych „świąt” w roku. Dlatego w tym roku spędziłam je na kolanach, w pozycji pochylonej, podparta jedną ręką, w drugiej trzymając… ścierkę do podłogi. Co kto woli – powiecie. No cóż, mimo wszystko, że to teoretycznie w tym roku także moje „święto”, serduszka spozierające zewsząd, mrożą krew w żyłach, a ssać jednak zdecydowanie wolę coś innego, niż lizaka w kształcie owego serduszka.

Tak czy inaczej – te Walentynki przysporzyły mi nieznośnego bólu pleców po szorowaniu podłóg, które błagały o choćby odrobinę zainteresowania. Miałam tylko trochę „podgarnąć”, a skończyło się na myciu okien, szorowaniu balkonu, odkurzaniu, myciu podłóg i prasowaniu. Chodakowska mogłaby jedynie pomarzyć o treningu, który dałby TAKI wycisk. I co by tradycji stało się zadość, czas doszukać się w tym głębszego sensu i analogii do życia mniej przyziemnego niż szorowanie kibla. Otóż… Rok 2016 to rok niezwykły ze swoim zaledwie 1,5 miesięcznym stażem. Przysporzył mi już dużo emocji, zmian i odmian. O zmartwieniach też nie zapomniał i kilkoma też mnie obdarował, ale ponieważ jestem pewna, że co najmniej drugie tyle przede mną, czas zamknąć w czasie przeszłym rok 2015 i posprzątać po nim. Spuścić wodę po wszelkich brudach; przetrzeć szmatką i odświeżyć dobre wspomnienia i wyszorować te, o których najlepiej zapomnieć. A co się z tym wiąże? Praca. Duuuużo pracy. Nad sobą głównie. Tą środkową, wewnętrzną Agatą, która wyłazi ze swojej komórki pod schodami tylko na blogu i przy kilku bliskich osobach. Czas popracować nad nią, żeby więcej z siebie innym dawała. Więcej niż nerwy, które wbrew pozorom, zawsze trzyma na wierzchu.

Nad tą zewnętrzną częścią też czas popracować i pracuję. Ostro. Bo życie na ostro najlepiej smakuje.