Siedem

ABM_1473590223

Muszę przyznać, że dawno nie przeżyłam tak leniwego miesiąca, jakim był sierpień. Najpierw 2,5 tygodnia urlopu, później tydzień zwolnienia lekarskiego na leczenie zapalenia zatok. Toteż sierpień spędziłam głównie w fotelu z nosem w książkach. Przeróżnych i wybieranych na chybił trafił, ale głównie wśród tych autorów, których książki już czytałam. W sierpniu zaliczyłam sześć książek, ale teraz będzie o tych z lipca, o siedmiu niezbyt trafnych wyborach.

  1. „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Kesey’a
  2. „Miłośnica” Marii Nurowskiej
  3. „Sto dni po ślubie” Emily Giffin
  4. „Tully cz. 1” Paulliny Simons
  5. „Tully cz. 2” Paulliny Simons
  6. „Pachnidło” Patricka Suskinda
  7. „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk

To, że musiałam sięgać do internetu, żeby przypomnieć sobie o czym jest „Sto dni po ślubie” o czymś świadczy, a mianowicie o tym, że to książka z rodzaju tych, które można przeczytać i czyta się dobrze, a chwilę po jej przeczytaniu zapomina się o czym była. Nie zapada w pamięć, a sięgnęłam po nią tylko dlatego, że kilka książek tej autorki już przeczytałam, ale kilka lat temu. Widocznie bzdetne historie związków, rozstań i powrotów, na pograniczu Harlequinów przestały mnie interesować, nawet jako odskocznia po trudnych książkach jaką jest „Lot nad kukułczym gniazdem” Kesey’a. Czytając ją nie mogłam uwolnić się od twarzy Jacka Nicholsona, którego nie znoszę, a który gra głównego bohatera – McMurphiego, w ekranizacji książki. Psuło mi to całą fabułę i wytrącało z klimatu tej książki, a ponieważ w zamiarze autora (chyba) miał on być interesujący i ciężki, mnie jedynie zmęczył.

„Miłośnica” Murowskiej, też do lekkich książek nie należy, ale jest zdecydowanie mniejszego kalibru niż „Lot…”. Nawet samo ich porównanie nie jest właściwe, bo „Miłośnica” to coś zupełnie innego. Opowiada o prawdziwej postaci – Krystynie Skarbek, agentce brytyjskiego wywiadu, żydowskiego pochodzenia. Nurowska, której książki też już czytałam, ma to do siebie, że pisze neutralnie, tzn. wywołuje niesamowite emocje, ale nie podsuwa ich czytelnikowi pod nos. Zostawia wybór. To czytelnik ocenia, czy bohaterowie o których pisze, to ci dobrzy, czy źli, sama ich z góry nie definiuje. Tak też jest z Krystyną Skarbek, która biorąc udział w wielu niebezpiecznych akcjach szpiegowskich, wcale nie zginęła w walce, a pchnięta nożem przez jednego z wielu adoratorów, którego oświadczyny odrzuciła.

Tak samo mocne emocje wzbudza Paullina Simons. W każdej jej książce jest bohater, a najczęściej bohaterka, której losy śledzi się z zapartym tchem, ale gdyby stanęła przede mną w rzeczywistości, udusiłabym ją gołymi rękami. Zwłaszcza tytułową Tully. Tak irytującej do granic frustracji bohaterki, nie pamiętam z żadnej innej książki. Gdyby nie to, że obydwie książki były wypożyczone z biblioteki, obydwie latałyby po ścianach, bo nie da się czytać o Tully spokojnie. Dziewczyna z patologicznego domu, która decyzje o odejściu od kolejnych kochanków (przy czym nie można uznać tego za romans) zmienia sto razy na minutę i niemal za każdym razem ma tych kochanków co najmniej dwóch. Taka memeja, tak rozlazła że ma się ochotę wytrzaskać ją po gębie. Nawet pisać nie da się o niej spokojnie.

„Prawiek i inne czasy”… Jedyne co mi przychodzi do głowy a propos tej książki to to, że jest w porządku. I tyle. Nie ma w niej nic co poruszyłoby mnie chociaż na chwilę. Styl Tokarczuk po prostu do mnie nie trafia. Jest szary, wiecznie melancholijny przez co staram się trzymać od niej i jej książek z daleka. Myślałam, że to może tylko „Prawiek…” – pierwsza ksiażka Tokarczuk jaką kiedykolwiek przeczytałam, tak na mnie podziałała, ale po lekturze kolejnej jej książki – „Bieguni”, którą przeczytałam w sierpniu, nie zmieniłam zdania.

No i „Pachnidło”. Jedyna książka, poza Harrym Potterem, do której wróciłam się, ale nie dlatego że tak mnie zachwyciła za pierwszym razem, a przez to że jej za pierwszym razem nie dokończyłam. Czytałam ją kilka lat temu, ale w wersji ściągniętej w PDF i wydrukowanej w domu. Jednak książka to książka.
Od zawsze fascynował mnie świat zapachów. Zmysł węchu to zdecydowanie mój ulubiony zmysł. Nic nie ma takiej siły jak zapach i dokładnie o tym jest książka Patricka Suskinda. Jan Baptysta Grenouille – główny bohater, psychopata marzący o tym, żeby wydestylować zapach dziewczyny z mirabelkami i zapach który rzuci mu tłumy do nóg. Brzmi nieprawdopodobnie i taka ta książka jest. Jej ekranizacja z 2006 roku, też jest całkiem niezła i wiernie odzwierciedlona. I książka i film wywołują jednocześnie obrzydzenie i zachwyt, a to w świecie zapachów nierozerwalne połączenie. Najbardziej niesamowite zapachy pozyskiwane są w sposób, który wielu by obrzydził, zwłaszcza gdyby wiedzieli że to czym się codziennie psikają pochodzi np. z jelit kaszalota (ambra), albo gruczołów odbytniczych zwierzęcia podobnego do sarny (piżmo). O tym akurat dowiedziałam się z książki „Sekretne życie Chanel No. 5”, którą dostałam na urodziny. Suskind świetnie opisuje zapachy i pomimo tego, że to książka fabularna, dużo w niej jest informacji technicznych na temat pozyskiwania zapachów. Nie potrafię ocenić, czy np. ktoś kto woli dobrze zjeść, zamiast ładnie pachnieć, doceniłby „Pachnidło”. Mnie ten temat fascynuje i interesuje, wiec absolutnie nie żałuję, że zaserwowałam sobie ten powrót do przeszłości.

Tak jak wspominałam na początku, w sierpniu przeczytałam książek sześć, w tym jedną spod której wrażenia długo nie wyjdę, ale o tym innym razem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.