The end

Moi Drodzy, nadszedł koniec Relacjonowania.
Pisanie o sobie od jakiegoś czasu budzi we mnie opór nie do pokonania, a o relacjonowanie mojego życia na tym blogu chodziło. Moje życie teraz wygląda prawie tak jak zawsze sobie tego życzyłam. Jeśli cokolwiek muszę w nim jeszcze zmienić to coś, co siedzi we mnie, ale o tym pisać nie należy, a jedynie pracować nad tym.

Teraz tematem numer 1, którym chcę się zajmować i poświęcać to świat zapachów i perfum, a uświadomił mi to Mój Umiłowany, któremu za to dziękuję, tak samo jak Wam za ostatnie 2,5 roku.

Nie usunę tego bloga. Już raz popełniłam błąd, którym było usunięcie bloga prowadzonego 4 lata. Teraz tego nie zrobię.

Jeśli jesteście ciekawi jak wyglądać będzie ciąg dalszy to zapraszam do mojej Czytelni Zapachów i na Facebooka.
Dziękuję i życzę Wam wszystkiego co najlepsze.
@yeahruszka

Czytelnia zapachów

Facebook

Muzyka zapachu

ABM_1478551420

Radzimir Dębski nie raz i nie dwa pomógł mi pozbyć się niemocy jaka przechwyciła stery w moich planach. Ostatnio, gdy jakiś czas temu zaplanowałam sobie, że muszę napisać tekst o tym, jak świat muzyki przeplata się ze światem zapachów i to nie tylko za sprawą nomenklatury. Plany swoją droga, a czyny swoją, a ponad wszystkim jedno – pustka w głowie.
Pewnego wieczoru, dostaję smsa od znajomej „Włącz TVN”! i wiadomość na Messengerze „Oglądasz TVN? Jest Jimek”. Od lat jestem jego wielką fanką, wyznawczynią wręcz, i tak samo od lat nie mam telewizora. Nie znoszę telewizji, ale wtedy z frustracji chciało mi się skakać po ścianach. Leciał program „Kulisy sławy” o jego twórczości. Na szczęście pół godziny później materiał był już dostępny na stronie www programu.
Z ust Radzimira Dębskiego padło zdanie „Najważniejsze w tworzeniu muzyki jest to, żeby dobrze pachnieć”. Nieważne czy zostało to powiedziane pół żartem, pół serio, czy całkiem poważnie, w każdym razie podziałało to na mnie jak zapalnik bomby atomowej.

Stwierdzenie, że muzyka nie mogłaby istnieć, gdyby nie zapachy, byłoby mocno przesadzone, ale z całą pewnością świat zapachów bez muzyki, nie byłby tym samym. Samo nazewnictwo, inspirowane muzyką daje zupełnie inne wyobrażenie o perfumach, niż gdyby posługiwać się czysto technicznym językiem. Zapach też ma brzmieć, ma być idealnie skomponowaną melodią kompozytora, który za pomocą nut i akordów stworzy coś, co daje energię na cały dzień, albo sprawi, że wieczór we dwoje staje się jeszcze bardziej wyjątkowy. Ma zapadać w pamięć i przywoływać wspomnienia, a nie tylko pobrzmiewać gdzieś w tle niezauważany przez nikogo.

Niemal 99,99% ludzi, którzy świadomie i z uwagą wybierali kiedykolwiek perfumy dla siebie lub dla kogoś jako prezent, spotkali się z takimi pojęciami jak nuta zapachowa. Nuta głowy, nuta serca i nuta, która jest nazywana najróżniej – bazowa, czy też nuta podstawy lub nuta głębi.
Nuta głowy, czyli to co czuć przy pierwszym kontakcie z perfumami. Zapach, który decyduje o tym, czy nam się spodoba czy nie. Najbardziej lotny i wyczuwalny najkrócej, bo max. do pół godziny po rozpyleniu, a przeważa o tym, czy go kupimy czy przejdziemy obojętnie. To nuta głowy decyduje o tym, czy zapach określimy jako kwiatowy, owocowy, skórzany, czy może słodki, albo zwierzęcy.

Gdy nuta głowy przebrzmiewa, pojawia się nuta serca. Często traktowana po macoszemu, bo w zapachu zwracamy uwagę na to co czuć na początku i na to co wyczuwamy na sobie po kilku godzinach. Rzadko to, co czuć pomiędzy i też stosunkowo krótko. Nuta serca, czyli zapach wyczuwalny po około 10-15 minutach od rozpylenia, gdy na ciele pozostaje jeszcze echo poprzedniej nuty. Dlatego właśnie ten środek jest tak istotny. Ma harmonijnie łączyć całość. Wystarczy jeden fałszywy akord w środku tej melodii, jaką jest zapach i całe dzieło leży. Mamy ochotę zmyć z siebie perfumy, które tak dobrze się zapowiadały i nieważne jak pachnie nuta bazowa.

No właśnie – akord. Zupełnie odwrotnie niż w muzyce, w perfumach to akordy tworzą nuty. Po około godzinie, gdy zapach połączy się z zapachem naszego ciała, można już wyczuwać poszczególne akordy, które tworzą daną nutę. Np. w zapachu, który na samym początku nazwaliśmy słodkim, teraz już pojawiają się konkretne akordy – karmelu, migdałów i białej czekolady.

A gdy te akordy już wybrzmią przychodzi nuta bazowa – głębia i podstawa całego dzieła. Tutaj pojawiają się zapachy o najniższej lotności i największej trwałości. Trwa przez kilka lub kilkanaście godzin. Niektóre do kilku dni. I tutaj pojawia się pytanie dlaczego praca perfumiarza, tzw. „nosa” to ciężki kawałek chleba? Kupujemy perfumy w drogeriach, które są najgorszym miejscem do wąchania i decydowania o zapachu, z racji silnych i różnych woni innych perfum i kosmetyków. Mamy kilka lub kilkanaście minut na zapoznanie się z zapachami, jakie wydają nam się interesujące. Znajdujemy perfumy, które od razu nam się spodobały i kupujemy je nie wiedząc jaki ten zapach będzie po godzinie. I ten lub ta, która te perfumy stworzyła, musi zrobić tak, żeby zachwyt z pierwszych minut dotrwał do końca. Żeby po kilku godzinach żal było iść pod prysznic zmywać ten zapach.
Kto chodzi na koncerty powinien znać to uczucie. Lubisz artystę. Wydaje nową płytę, z której słyszałeś tylko kilka singli – kilka minut, ale płacisz kilkadziesiąt lub kilkaset złotych, żeby na żywo usłyszeć resztę. Wierzysz, że całość da Ci niesamowite wrażenia, jakich się spodziewasz, a mimo to nie potrafisz wyjść z zachwytu i po koncercie z żalem wracasz do rzeczywistości.

W taki zachwyt muzyką wpadł np. Jacques Guerlain, wnuk założyciela francuskiego przedsiębiorstwa „Guerlain”, którego zapachy ekskluzywne na równi z Chanel i Diorem, zachwycają do dzisiaj. Jacques Guerlain, trzeci z rodu perfumiarz w rodzinie, stworzył aldehydowe perfumy „Liu” w 1929 r. zainspirowany operą „Turandot” Pucciniego, w której jedną z bohaterek jest dziewczyna o imieniu Liu.

Również marka Lanvin, wypuściła zapach „Arpege”, który jest nierozerwalnie związany z muzyką. Nazwa pochodzi od słowa „arpeggio”, ozdobnika stosowanego do akordów, które nie są grane jednocześnie, a jeden po drugim, w krótkim odstępie, czyli dokładnie tak jak rozwija się zapach perfum „Arpege”. Każdy akord czuć osobno, jeden po drugim. Zapach wypuszczony w 1927 r., został w 2005 roku uhonorowany najbardziej prestiżową w perfumiarstwie nagrodą FiFi Award „Hall of fame”. Jaki jest? Ten zapach zobowiązuje. Użycie go do dżinsów, na popołudnie ze znajomymi, czy nawet do biurowej garsonki, wołałoby o pomstę do nieba. Ten zapach domaga się eleganckiej sukienki, szpilek i wyjątkowej okazji, a przede wszystkim domaga się dojrzałości. Na ciele dwudziestolatki stanowiłyby profanację zapachu.

Na równi z Arpege, nierozerwalna z muzyką, jest też kolekcja perfum „Les Notes”. Triada marki M. Micallef to kolekcja zapachów:
„Note Ambree” (Nuta Ambry)
„Note Poudree” (Nuta Pudrowa)
„Note Vanillee” (Nuta Wanilii).

Kolekcja została wydana w 2007 roku, a do każdej buteleczki dołączana jest płyta CD z muzyką klasyczną skomponowaną stricte pod konkretny zapach. Tym sposobem na płytach można usłyszeć muzykę „ambrową”, „pudrową” i „waniliową”.

Można by mnożyć przykłady analogii pomiędzy perfumami, a muzyką i wcale nie trzeba szukać daleko. Sam proces tworzenia perfum zaczyna się na „organach perfumiarskich”, czyli przy biurku z półkami i buteleczkami, które wyglądem przypomina organy, dlatego też samo szukanie odpowiednich proporcji poszczególnych składników jest nazywane dostrajaniem zapachu.

Nieważne jednak jakie składniki zostaną użyte, w jakich proporcjach, jakie nuty i akordy. W muzyce i w perfumiarstwie, bazę zawsze musi stanowić przede wszystkim talent kompozytora i odbiorcy, którzy umieją go docenić.

 Źródła:

  • “The Magical and Ritual Use of Perfumes” Richard Alan Miller, Iona Miller
  • “Perfumy. Uwarunkowania kulturowo-społeczne” Beata Hoffmann
  • “Kultury kultury popularnej” Marek Krajewski
  • perfumeriazzopole.pl
  • Fragrantica.pl
  • multiperfumeria.pl

Instrukcja użycia zapachu

ABM_1476210253

…czyli kiedy, jakich i jak używać perfum.

Zdarza Ci się planować co założysz na siebie jutro? Obmyślasz sobie w czym będziesz się czuła najlepiej. Rano wstajesz, ubierasz się w to co zaplanowałaś… i coś nie gra. Niby ulubiona bluzka i ulubione spodnie. Miałaś je na sobie dziesiątki, o ile nie setki razy, a dzisiaj nawet ulubione majtki upinają Cię w tyłek.

Z perfumami jest tak samo.
Masz ulubione, takie po których ludzie Cię poznają, bo czując Twój zapach wiedzą kto za chwilę pojawi się w drzwiach. Czasami jednak ten zapach nie leży na Tobie tak jak zazwyczaj.

O tym jak i jak długo perfumy czuć, decyduje m.in. Twoja skóra, a skóra zmienia się w zależności od tego, w jakiej fazie cyklu jesteś. Pierwsze dni cyklu, gdy skóra jest najbardziej sucha, mogą powodować, że nie czujesz swoich perfum i to wcale nie kwestia tego, że jeśli perfumy są dobrze dobrane do osoby, to ich nie czuć. To jeden z mitów. Im bliżej okresu tym skóra tłustsza i zapach też rozwija się – leży na ciele, inaczej i dłużej.

Kolejnym mitem, jest mit który wziął się z reklamy perfum Chanel no. 5, która głosiła, że „perfumy pachną inaczej na każdej kobiecie, ponieważ skóra każdej kobiety ma własne właściwości chemiczne”. Owszem, każdy ma swój własny zapach ciała, na który wpływa pH skóry, dieta, temperatura ciała, nawilżenie itd. Jednak w przypadku perfum, największy wpływ na zapach ma temperatura pomieszczenia i stężenie perfum. Zapach Twojej skóry wpływa na indywidualne odczuwanie zapachu perfum, ale zaledwie w pierwszych chwilach, gdy czuć nutę głowy, która ulatnia się najszybciej (po około 10-15 minutach). Gdy „do głosu” dochodzi nuta serca i bazy, zapach Twojej skóry nie wpływa już na zapach perfum tak, żeby był inaczej odczuwany na Tobie, a inaczej np. na Twojej koleżance.

Ponieważ tak jak wspomniałam, na zapach i to jak perfumy rozwijają się na Twoim ciele, ma wpływ temperatura na zewnątrz, to ważne jest to kiedy, jakich perfum używać. Nie wszystkie perfumy sprawdzą się podczas upałów i niektóre najlepiej schować w okresie jesienno-zimowym.
Jeśli nie chcesz doprowadzać swojego otoczenia do utraty przytomności, w lato nie używaj ciężkich, korzennych, piżmowych zapachów. Jeśli nie wyobrażasz sobie jednak innych perfum na sobie, użyj ich mniej, np. tylko na nadgarstkach. Na grillu u znajomych, w ciepły letni wieczór nie sprawdzą się też raczej waniliowe, mleczne zapachy.

Natomiast w zimę, gdy jedziesz do pracy i marzysz tylko o kubku z parującą kawą z mlekiem, proszę bardzo – przed wyjściem z domu możesz się nawet wykąpać np. w ciężkim i ciepłym zapachu Diora „Hypnotic Poison” lub wylać sobie na głowę nieporównywalne do innych, bardzo mleczne, słodkie perfumy Diesela „Plus Plus Feminine” lub owocowo-korzenne, też słodkie „Zero Plus Feminine”, które swoją trwałością dorównują Diorowi, jednak za cenę o wiele bardziej przystępną.
W lato wybierz coś cytrusowego, jak np. „Acqua di Gioia” Armaniego, gdzie nutą głowy jest głównie cytryna i mięta.

W przypadku perfum liczy się nie tylko ilość perfum jaką się skrapiasz, ale też gdzie i w jaki sposób. Ogólnie przyjęta zasada jest taka, że perfumy powinno być czuć, tylko przy bliskim kontakcie z drugą osobą. Nie chodzi o kontakt intymny, seksualny, ale na pewno masz w swoim otoczeniu osoby, których perfumy czuć w biurze jeszcze kilka lub kilkanaście minut po ich wyjściu. Jest duże prawdopodobieństwo, że skropiły nie tylko swoje ciało, ale i ciuchy. I włosy.
Zapach najlepiej przyjmują i utrzymują właśnie włosy. Zdarzyło Ci się pewnie, że po ognisku lub grillu Twoje włosy śmierdziały dymem jeszcze długo, długo po. To właśnie dlatego, że włosy są bardzo chłonne jeśli chodzi o substancje zapachowe. Ciuchy też, zwłaszcza te z włókien naturalnych, ale zapach na ciuchach może różnić się od zapachu na skórze. Jeśli natomiast wolisz psikać swoje ciuchy, a nie ciało, uważaj na futra, które pod wpływem perfum mogą się odbarwiać. Tak samo jest z jedwabiem i jasnymi materiałami.

Ciało. No właśnie – nie od dzisiaj wiadomo, że najlepiej perfumować się tam, gdzie ciało jest najcieplejsze, gdzie żyły i tętnice są najbliżej skóry, np. nadgarstki, ale uwaga – po skropieniu perfumami nadgarstków nie powinno się o siebie pocierać, bo zapach będzie „płytszy” i szybciej się ulotni. Dobrym miejscem jest oczywiście szyja, miejsce za uchem, ale i dekolt – miejsce między piersiami. Perfumy użyte tam, pachną wyczuwalnie, ale nie przesadnie.
Jeśli lubicie jednak czuć zapach swoich ulubionych perfum delikatnie, dobrym sposobem jest perfumowanie się nie bezpośrednio na ciało, a przez mgiełkę perfumami rozpylonych przed sobą i wejście w nią. Zapach rozkłada się wtedy na większej powierzchni ciała, ale w większym rozproszeniu.
Jeśli jednak próbujesz różnych zapachów i sposobów, a zapachu nie czujesz ani Ty, ani nawet Twój partner, gdy całuje Cię po szyi, jest duże prawdopodobieństwo, że jesteś właścicielką suchej, bez względu na cykl, skóry. Używaj zapachów skoncentrowanych, czyli perfum, nie wód perfumowanych, czy też toaletowych. Perfumy zawierają 15-40% czystego zapachu (woda toaletowa około 5-15%), są jednak dość drogie. Coś kosztem czegoś…

No właśnie, czy skórka warta wyprawki? Zdecydowanie tak.
Dlaczego? Dlatego, że znane marki, które same tworzą swoje perfumy lub zlecają to profesjonalnym perfumiarzom, zwanymi „nosami”, nie opublikują nigdzie receptury na swój zapach. Podróbka, owszem – pachnie jak oryginalne perfumy, ale co najwyżej do nuty serca, a więc około 1-2 godzin po nałożeniu perfum na skórę. Baza podróbek jest jednak zawsze taka sama, bez względu na markę i zapach, jaki ma imitować. Nie ma różnicy, czy dzisiaj użyjesz podróbki Diora, a jutro podróbki Calvina Kleina. Po godzinie będziesz pachnieć tak samo – podróbką.
Zainwestuj w oryginalne perfumy. Idź do perfumerii lub drogerii, gdzie pani z obsługi najpierw zlustruje się od stóp do głów i w progu zapyta „W czym mogę pomóc”. Zdzierżysz to. Podziękuj pani i idź do półki z perfumami. Szukaj i korzystaj z kawy, która nie bez powodu znajduje się przy półkach z zapachami. Zapach kawy „oczyszcza nos” – przygotowuje do dalszego obwąchiwania testerów. Butelka oryginalnych perfum, o pojemności 30 ml, spokojnie starczy Ci na ponad pół roku.
Gdy znajdziesz TEN zapach, zapłać kilka stów, ale używaj tych perfum z umiarem i we właściwy sposób, dobrany do siebie, tak samo jak stroje.

Źródła:

  • „Sekretne życie Chanel No. 5″ Tilar J. Mazzeo
  • „Erotyka perfum, czyli tajemnice pięknych zapachów” Andrea Hurton
  •   fragrantica.pl

Historia zapachu

ABM_1474824500

Węch – zmysł, który zaczął rozwijać się najwcześniej, już u prymitywnych ludzi. Służył do poszukiwania jedzenia i węszenia niebezpieczeństwa. Węch, jeden z sześciu zmysłów kształtuje się u ludzi około siódmego tygodnia życia płodowego. Dziecko po narodzinach rozpoznaje zapach matki, ale inne zapachy zaczyna rozróżniać około szóstego miesiąca życia. Mając 7-8 lat jest już w pełni „sprawne węchowo”, jednak węch najbardziej aktywny jest w okresie dojrzewania i o ile w zależności od wieku, niektórzy hołdują teorii, że życie zaczyna się po trzydziestce, to nie sprawdza się to w przypadku zmysłu węchu –  po 30. roku życia zmniejsza się ilość receptorów węchowych, a po siedemdziesiątym następuje regres. Nasuwa się wiec wniosek – spieszmy się wąchać zapachy, bo tak szybko odchodzą.

Chociaż pierwsze perfumy w obecnie znanej formie, czyli roztworu, zamkniętego w ładnej buteleczce, który służy do nadawania ładnego zapachu, powstały w 1370 roku, to pierwszy „ładny zapach” człowiek wywąchał wraz z wynalezieniem ognia, gdy zorientował się, że wydobywający się dym daje przyjemny zapach. Stąd sama nazwa „perfumy” – łaciński zwrot per fumum oznacza „poprzez dym”.

Jednak od czasów prehistorycznych trochę się zmieniło. Teraz perfumy służą nam głównie do ozdabiania ciała i poprawy nastroju, ale na przestrzeni stuleci perfumy i zapach określał zawód, pozycje społeczną i zawartość portfela. Niektórzy, np. Andamańczycy, uważani za jeden z najprymitywniejszych ludów świata, na zapachach opierają swój kalendarz, który tworzą na podstawie tego, kiedy i jakie wonne rośliny akurat kwitną.

W starożytnym Egipcie pachnideł używano do mumifikowania ciał „sposobem Ozyrysa”, który jako pierwszy został zmumifikowany przez swoją żonę. Sposób ten wziął się z jednej z wersji na temat śmierci Ozyrysa, która mówi o tym, że przed śmiercią został poćwiartowany przez swojego brata, tak jak robiło się to później ze zmarłymi przed wprowadzeniem do ich ciał pachnideł i przed umieszczeniem ich na 70 dni w sodzie.
Może i niezbyt to przyjemne dla czytającego taki opis, zwłaszcza gdyby dodać np. że żeby wypełnić czaszkę pachnidłem, najpierw wyciągano mózg przez nos, ale piękno zapachu do dzisiaj pozostaje w nierozerwalnym związku z obrzydzeniem i wstrętem, co fascynuje mnie w perfumach najbardziej.

Przenosząc się z Egiptu do Aten trzeba wspomnieć, że według wierzeń starożytnych Greków pierwszą osobą, która zaczęła się perfumować, była Afrodyta – bogini miłości, od której wzięła się nazwa „afrodyzjak”, coś co jako składnik perfum, wzmaga nie tylko pożądanie, ale i popyt na takie zapachy, a należą do nich głównie zapachy pochodzenia zwierzęcego. I tutaj też pojawia się element, który u niektórych może wywołać obrzydzenie, bo np. piżmo, najtrwalsze spośród wszystkich substancji zapachowych, wykorzystywane w perfumach jako utrwalacz zapachu, to nich innego jak substancja pochodząca z gruczołów płciowych piżmowca, zwierzęcia podobnego do jelenia, tylko bez rogów. Substancja, która w dużym stężeniu pachnie jak coś, co gnije, natomiast mocno rozcieńczona uchodzi za afrodyzjak. Podobnie jest z cywetem, inaczej nazywanym cybetem (pochodzi od cywety afrykańskiej), ambrą (wydzielina kaszalota) i kastoreum (pochodzące od bobrów, wykorzystywane głównie w skórzanych, męskich zapachach). Bez obaw jednak. Współcześnie nie perfumujemy się wydzieliną kaszalota, ani piżmowca, a jedynie surowcami syntetycznymi, które pachną jak one.

Wspomniane zwierzęce zapachy, które w pachnidłach miały kusić, na zmianę, w zależności od danej epoki były albo pożądane, albo uważane za niemoralne i tym samym zakazane. I tak np. Platon twierdził, że perfumy stosują jedynie prostytutki, natomiast w kulturze arabskiej przed ślubem, suknia panny młodej przez trzy dni moczona była w wodzie różanej z dodatkiem szafranu, piżma i cywetu (naturalnego), a później poddawana okadzaniu palonym piżmem i ambrą. Z kolei Paryż w XVII wieku nazywany był „amfiteatrem latryn”. Smród panujący w miastach i niedbałość ludności o higienę, powodował że produkowano silne zapachy perfum, które miały głównie maskować odór odchodów, rozkładających się zwierząt i śmierdzących, niemytych ciał. Do jednych z największych śmierdzieli należał król Ludwik XIV nazywany „Królem Słońce”, w otoczeniu którego nie chcieli przebywać nawet jego rozmówcy.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do XIV wieku, który stanowi przełom w historii zapachu – pojawiły się pierwsze perfumy stworzone na bazie alkoholu. Rozpowszechnione przez Polkę – Elżbietę Łokietkównę, królewnę polską i królową Węgier, w 1370 roku, nazwane na jej cześć „Wodą Węgierską”. Na początku pachniały głównie rozmarynem i lawendą, później dodawano do niej inne zapachy, takie jak mięta, szałwia i kwiat pomarańczy. Można je kupić do dzisiaj. Miłośnicy perfum mogą zdobyć 6 ml skoncentrowanego zapachu za „jedyne” 1 813,12 zł.

To wiek XIV, ale przejdźmy do nieco bardziej współczesnych czasów. Wszystkie pachnidła i substancje, które nazywane już były perfumami, to nic w porównaniu z tym co w 1889 roku wypuściła na rynek marka Guerlain, a wypuściła perfumy o nazwie „Jicky”. Były nie tylko pierwszą kompozycją składającą się z wielu składników naturalnych i chemicznych, ale i pierwszymi wielowymiarowymi perfumami, w których zastosowano piramidę zapachową, czyli podział na trzy nuty: nutę głowy (to co czuje się przy pierwszym kontakcie z perfumami, przez około 15-30 minut), nutę serca (wyczuwana przez mniej więcej godzinę) i nutę bazy (wyczuwana po godzinie, przez kilka godzin do kilku dni, przy mocniejszych perfumach). Piramida zapachowa jest obecnie wykorzystywana we wszystkich perfumach.

Choćbym chciała, bo tego zapachu nie lubię ze względu na sam zapach i markę, to nie da się nie wspomnieć o słynnej Piątce, czyli „Chanel no. 5” rozpowszechnionej w 1921 roku, przez nazistkę Coco Chanel. Zapach nazywany ponadczasowym, trąci jednak babcinnością, ale ponieważ nie jest to recenzja zapachu, a jego historia, to trzeba wspomnieć, że w latach dwudziestych przewróciły przemysł perfumeryjny do góry nogami. Nie tylko ze względu na to, że użyto w nich nieużywanych dotychczas zbyt często, aldehydów, ale i przez wzgląd na to, że powstały w czasach kiedy triumfy świeciły zapachy subtelne i delikatne, które miały nie kojarzyć się z seksualnością. Chanel chciała jednak stworzyć coś co pachnie „czystością i zmysłowością”. Czy pachną czystością i zmysłowością? Hmmm. Tak czy inaczej udało jej się stworzyć zapach, który będzie pożądany przez kobiety i którego kilka kropel stanowiło jedyną piżamę dla Marilyn Monroe, jak sama przyznała w jednym z wywiadów. Pomimo tego, że 100 ml wody perfumowanej „Chanel nr 5” kosztuje około 500 zł, podobno do dzisiaj są na tyle popularne, że co 30 sekund gdzieś na świecie jest kupowana jedna buteleczka tego kultowego zapachu.

A co współcześnie? Współcześnie w świecie perfum „impossible is nothing” – niemożliwe nie istnieje. Przy takiej technice i ilości zapachów, marek, twórców i przedziałach cenowych, nieużywanie perfum jest większą abstrakcją niż najśmielszy zapach.

 

Źródła:

  • „Perfumy. Uwarunkowania kulturowo-społeczne” Beata Horrmann
  • „Erotyka perfum, czyli tajemnice pięknych zapachów”
  • „Sekretne życie Chanel No. 5″ Tilar J. Mazzeo
  • drbeta.pl

…………..

Tych kilka, może kilkanaście tekstów na temat zapachów i perfum, które będą pojawiać się na blogu (mam nadzieję) regularnie to wypadkowa moich ostatnich urodzin i zafiskowania na punkcie zapachów, które rosło od kilkunastu lat i urodziło się wraz z moimi 31. urodzinami. Potwora uwolnił Mój Ktoś podarowując mi książkę „Sekretne życie Chanel nr 5”, która stanowi jedno z kilku źródeł, z których korzystam. Wyznaję zasadę, że życie zaczyna się każdego dnia wraz z budzikiem i o każdy dzień trzeba dbać jak o pierwszy i ostatni. Nie hołubię teorii, że życie zaczyna się po trzydziestce, ale ten cykl owszem.

Siedem

ABM_1473590223

Muszę przyznać, że dawno nie przeżyłam tak leniwego miesiąca, jakim był sierpień. Najpierw 2,5 tygodnia urlopu, później tydzień zwolnienia lekarskiego na leczenie zapalenia zatok. Toteż sierpień spędziłam głównie w fotelu z nosem w książkach. Przeróżnych i wybieranych na chybił trafił, ale głównie wśród tych autorów, których książki już czytałam. W sierpniu zaliczyłam sześć książek, ale teraz będzie o tych z lipca, o siedmiu niezbyt trafnych wyborach.

  1. „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Kesey’a
  2. „Miłośnica” Marii Nurowskiej
  3. „Sto dni po ślubie” Emily Giffin
  4. „Tully cz. 1” Paulliny Simons
  5. „Tully cz. 2” Paulliny Simons
  6. „Pachnidło” Patricka Suskinda
  7. „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk

To, że musiałam sięgać do internetu, żeby przypomnieć sobie o czym jest „Sto dni po ślubie” o czymś świadczy, a mianowicie o tym, że to książka z rodzaju tych, które można przeczytać i czyta się dobrze, a chwilę po jej przeczytaniu zapomina się o czym była. Nie zapada w pamięć, a sięgnęłam po nią tylko dlatego, że kilka książek tej autorki już przeczytałam, ale kilka lat temu. Widocznie bzdetne historie związków, rozstań i powrotów, na pograniczu Harlequinów przestały mnie interesować, nawet jako odskocznia po trudnych książkach jaką jest „Lot nad kukułczym gniazdem” Kesey’a. Czytając ją nie mogłam uwolnić się od twarzy Jacka Nicholsona, którego nie znoszę, a który gra głównego bohatera – McMurphiego, w ekranizacji książki. Psuło mi to całą fabułę i wytrącało z klimatu tej książki, a ponieważ w zamiarze autora (chyba) miał on być interesujący i ciężki, mnie jedynie zmęczył.

„Miłośnica” Murowskiej, też do lekkich książek nie należy, ale jest zdecydowanie mniejszego kalibru niż „Lot…”. Nawet samo ich porównanie nie jest właściwe, bo „Miłośnica” to coś zupełnie innego. Opowiada o prawdziwej postaci – Krystynie Skarbek, agentce brytyjskiego wywiadu, żydowskiego pochodzenia. Nurowska, której książki też już czytałam, ma to do siebie, że pisze neutralnie, tzn. wywołuje niesamowite emocje, ale nie podsuwa ich czytelnikowi pod nos. Zostawia wybór. To czytelnik ocenia, czy bohaterowie o których pisze, to ci dobrzy, czy źli, sama ich z góry nie definiuje. Tak też jest z Krystyną Skarbek, która biorąc udział w wielu niebezpiecznych akcjach szpiegowskich, wcale nie zginęła w walce, a pchnięta nożem przez jednego z wielu adoratorów, którego oświadczyny odrzuciła.

Tak samo mocne emocje wzbudza Paullina Simons. W każdej jej książce jest bohater, a najczęściej bohaterka, której losy śledzi się z zapartym tchem, ale gdyby stanęła przede mną w rzeczywistości, udusiłabym ją gołymi rękami. Zwłaszcza tytułową Tully. Tak irytującej do granic frustracji bohaterki, nie pamiętam z żadnej innej książki. Gdyby nie to, że obydwie książki były wypożyczone z biblioteki, obydwie latałyby po ścianach, bo nie da się czytać o Tully spokojnie. Dziewczyna z patologicznego domu, która decyzje o odejściu od kolejnych kochanków (przy czym nie można uznać tego za romans) zmienia sto razy na minutę i niemal za każdym razem ma tych kochanków co najmniej dwóch. Taka memeja, tak rozlazła że ma się ochotę wytrzaskać ją po gębie. Nawet pisać nie da się o niej spokojnie.

„Prawiek i inne czasy”… Jedyne co mi przychodzi do głowy a propos tej książki to to, że jest w porządku. I tyle. Nie ma w niej nic co poruszyłoby mnie chociaż na chwilę. Styl Tokarczuk po prostu do mnie nie trafia. Jest szary, wiecznie melancholijny przez co staram się trzymać od niej i jej książek z daleka. Myślałam, że to może tylko „Prawiek…” – pierwsza ksiażka Tokarczuk jaką kiedykolwiek przeczytałam, tak na mnie podziałała, ale po lekturze kolejnej jej książki – „Bieguni”, którą przeczytałam w sierpniu, nie zmieniłam zdania.

No i „Pachnidło”. Jedyna książka, poza Harrym Potterem, do której wróciłam się, ale nie dlatego że tak mnie zachwyciła za pierwszym razem, a przez to że jej za pierwszym razem nie dokończyłam. Czytałam ją kilka lat temu, ale w wersji ściągniętej w PDF i wydrukowanej w domu. Jednak książka to książka.
Od zawsze fascynował mnie świat zapachów. Zmysł węchu to zdecydowanie mój ulubiony zmysł. Nic nie ma takiej siły jak zapach i dokładnie o tym jest książka Patricka Suskinda. Jan Baptysta Grenouille – główny bohater, psychopata marzący o tym, żeby wydestylować zapach dziewczyny z mirabelkami i zapach który rzuci mu tłumy do nóg. Brzmi nieprawdopodobnie i taka ta książka jest. Jej ekranizacja z 2006 roku, też jest całkiem niezła i wiernie odzwierciedlona. I książka i film wywołują jednocześnie obrzydzenie i zachwyt, a to w świecie zapachów nierozerwalne połączenie. Najbardziej niesamowite zapachy pozyskiwane są w sposób, który wielu by obrzydził, zwłaszcza gdyby wiedzieli że to czym się codziennie psikają pochodzi np. z jelit kaszalota (ambra), albo gruczołów odbytniczych zwierzęcia podobnego do sarny (piżmo). O tym akurat dowiedziałam się z książki „Sekretne życie Chanel No. 5”, którą dostałam na urodziny. Suskind świetnie opisuje zapachy i pomimo tego, że to książka fabularna, dużo w niej jest informacji technicznych na temat pozyskiwania zapachów. Nie potrafię ocenić, czy np. ktoś kto woli dobrze zjeść, zamiast ładnie pachnieć, doceniłby „Pachnidło”. Mnie ten temat fascynuje i interesuje, wiec absolutnie nie żałuję, że zaserwowałam sobie ten powrót do przeszłości.

Tak jak wspominałam na początku, w sierpniu przeczytałam książek sześć, w tym jedną spod której wrażenia długo nie wyjdę, ale o tym innym razem.

Nuda

ABM_1471450536

Nie ma nic bardziej nudnego niż zwykłe życie. Żyć trzeba umieć i trzeba do tego odwagi. Trzeba też ogromnej siły, żeby codziennie powstrzymywać odruch wymiotny na widok tych samych twarzy. Żeby nie warczeć, nie kopać i nie pluć frustracją patrząc jak fajnie życie wiedzie się innym, a jak bardzo jest się w dupie ze swoim. Żeby w dupę włazić tym, którym trzeba i dupę obrabiać tym do których się uśmiechamy.

Taka Martyna Wojciechowska. Ona to dopiero życia używa. Co tam mój ciąg szarych dni nieodróżniających się od siebie niczym. Dobrze że chociaż w niedzielę sklepy czynne są krócej, bo przynajmniej wiadomo, że jest niedziela i na obiad rosół, a w poniedziałek pomidorowa.

A w poniedziałek znowu do pracy i te same gęby od lat, ale cóż, uśmiechać się trzeba i tłamsić w sobie uczucie wkurwienia. Później do domu się wróci i wyładuje na swoim mężczyźnie te nerwy i fałsz sprzed kilku godzin. Nie wie o co ci chodzi? To niech się kurwa domyśli. Nie po to dupy się daje, żeby w myślach nie czytał.

Co drugiej osoby nie trawię, ale przecież trzeba okazywać ludziom sympatię. Pouśmiecham się trochę, a później wbije się najwyżej jakiś nóż w plecy. Tam gdzie jest walka o pozory dobrego człowieka, tam muszą być też i ofiary. Nie można pokazać, że ktoś jest ci obojętny i kogoś nie darzysz sympatią z jakiegoś powodu, bo… No właśnie? Dlaczego?
No nic. Wszyscy tak robią to i ja tak zrobię. Nie lubię francy i wkurza mnie niemiłosiernie, ale pokażę jak jestem fajna i miła dla wszystkich.

Nie zwariowałam. Po prostu próbuję wczuć się w rolę, tych którzy swoją dulszczyznę, wywyższają do rangi złotego środka na cudowne życie.

Unikam ludzi, których nie lubię. Gdy oni nie unikają mnie, bywam niemiła. Tłumy omijam szerokim łukiem i często zaszywam się w domu. Jak czuję, że jestem za gruba to ćwiczę, a nie tylko mówię że ćwiczyć powinnam. Gdy o czymś marzę, to marzenie spełniam, albo szukam środków do tego. Nie siedzę, nie gdybam. Gdy z czymś się nie zgadzam, to mówię to wprost, nawet jeśli ktoś oczekuje ode mnie potulnej zgody. Gdy czegoś nie wiem, to pytam.

Moje życie jest nudne. I niech tak zostanie.

Czasami człowiek musi

ABM_1468606661

Rozstałam się z pisaniem, blogiem i fanpagem na miesiąc. Związałam się natomiast miłością szaleńczą z fitnessem. Teraz rozstałam się z fitnessem na tydzień, a wróciłam do pisania. Wychodzi na to, że nie umiem robić dwóch rzeczy na raz, a powinnam, bo ani z jednego ani z drugiego rezygnować nie chcę.

Na razie jedyne co muszę, to odpocząć. Nadeszło zmęczenie, które odbiera mi energię na szukanie pozytywnych rzeczy w życiu codziennym i już ludzie zaczynają mnie irytować, a nerwy puszczać. Ludzie tak naprawdę zawsze mnie irytowali, ale ostatnio moja potrzeba trzymania się od nich z daleka sięga skrajnych form. Bywają dni, kiedy jedyną osobą, do której mówię, jest Mój Ktoś, a bywają i takie kiedy nie mówię nic. Na szczęście przy nim nie muszę nic mówić.

Niedługo urlop. Przerażają mnie niemal trzy tygodnie bezczynności, ale jak to Jerzy Stuhr śpiewał „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”… się, albo innych. Wdrażanie nowych funkcjonalności, testy, ilość pracy i ilość zajęć dodatkowych – to wychodzi ze mnie popołudniami i w weekendy. Ubiegłej soboty nie pamiętam.
Nie pamiętam, bo na 24 godziny jakie ma doba, ja NIE przespałam około trzech i nie ma na to wpływu impreza firmowa, podczas której wypiłam 1,5 piwa.
Spałam 21 godzin i dopiero w niedzielę byłam w stanie funkcjonować. Dotychczas w weekendy wstawałam około 06-07:00. W ubiegłą sobotę Mój Ktoś obudził mnie o 12:00, a ja wstałam, zrobiłam sobie kawę i nie wypiwszy nawet łyka, poszłam spać z powrotem, żeby obudzić się o 19:00.  Muszę odpocząć.

I jeszcze jedno – nie skupiajcie się na moim Facebooku. Tam mnie nie szukajcie. Zajmuję się prowadzeniem różnych stron, a z moją własną mi nie idzie. Nie ogarniam jej, bo nie potrafię w kilku krótkich zdaniach wrzucić czegoś, na co będzie popyt. Na mój świat nie ma popytu i nie będę sztucznie go nakręcać, bo mnie to demobilizuje. Statystyki – z tym właśnie głównie wiążą się media społecznościowe, a ja nie potrafię żyć w świecie cyferek, podbijania zasięgów i ciągłego sprawdzania odsłon. Lubię to robić, gdy patrzę na obce statystyki, ale nie te, które pokazują moje życie odzwierciedlone w ilości odsłon postów, witryny, strony etc.

Nie chcę patrzeć na swój świat przez pryzmat cyferek i wykresów i nie znoszę pod to pisać, ale mając takie narzędzie, siłą rzeczy człowiek łapie się na tym, że przed publikacją posta zastanawia się, czy to właściwa – chwytliwa pora na wrzucanie treści itd.. To mi odbiera frajdę, bo włącza mi się pisanie pod konkretne wymogi, a nie pisanie tego co akurat muszę z siebie wyrzucić. Jednak powołując się kolejny raz na Jerzego Stuhra i jego muzyczne wyczyny, pocieszam sama siebie, że „nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać”, więc i ja sobie to wszystko jakoś ogarnę. Kiedyś. Może nawet i w tym życiu.

Obwodowy w odwodzie

ABM_1465839433

W związku z moim eksperymentowaniem z treningami, dzisiaj trochę wypocin o obwodzie. Nie ud, nie brzucha, a obwodzie w treningu, a ten to nic innego jak seria ćwiczeń na wszystkie partie mięśni, które składają się w obwód. Trening, który nazywany jest też w skrócie treningiem FBW, czyli Full Body Workout.

Zanim się rozkręcę uprzedzam, że nie jestem profesjonalistką, ani trenerem. W niektórych kwestiach dotyczących treningów nadal poruszam się na ślepo, a niektóre przećwiczyłam na własnej skórze i dlatego ja wiem, że bez odwodowego, choćbym podczas kardio strumieniami swojego potu sąsiadów zalewała i tak będę miała wrażenie, że nic nie zrobiłam.

Żeby trening obwodowy przyniósł efekty trzeba ruszyć tyłek z fotela i przenieść go na matę lub siłownię, co najmniej 3 razy w tygodniu. W jednym obwodzie wykonuje się kilka serii ćwiczeń na każdą partię mięśni. Pomiędzy ćwiczeniami nie ma przerw, jedynie kilka sekund na zmianę pozycji.

Trening obwodowy można wykonywać z lub bez przyrządów, w domu, na siłowni – dla każdego coś dobrego. Dla każdego pod warunkiem, że ten ktoś chce rozbudować mięśnie, zwiększyć swoją wytrzymałość i siłę, ale nie należy tego mylić z kalisteniką, czyli treningami typowo siłowymi, w których wykorzystuje się masę własnego ciała (przykład tutaj).

Najczęściej trening obwodowy jest polecany osobom początkującym, żeby je rozkręcić i dać mięśniom odczuć, że zaczyna się nad nimi pracować. Dlaczego? Bo można dostosować sobie ilość serii do swoich możliwości, a w treningach jedną z najistotniejszych kwestii jest to, żeby mierzyć siły na zamiary, nie dając sobie jednak żadnej taryfy ulgowej. To jest właśnie to, co treningi dają – świadomość własnego ciała, wiedzę o tym do czego jest zdolne, a nad czym trzeba jeszcze popracować.

FBW najlepiej trenować min 3-4 tygodnie, ale nie więcej niż 6. Jeśli chcecie nad swoim ciałem pracować, trzeba się rozwijać, a po sześciu tygodniach z treningiem obwodowym mięśnie przestają odczuwać, że chcemy nad nimi pracować. Przyzwyczajają się. Jak wszędzie tam gdzie wkrada się rutyna potrzebna jest zmiana, a po 6 tygodniach z treningiem obwodowym przydałoby się coś intensywniejszego, np. trening interwałowy (jak chcecie o tym więcej, to dajcie znać). Ale! przede wszystkim najpierw trzeba określić sobie cel, tzn. czy chcecie spalić tłuszcz i zrzucić kilogramy, czy wzmocnić mięśnie, wyrzeźbić je tylko, czy zwiększyć swoją wytrzymałość, bo niestety, ale trening obwodowy nie jest lekiem na całe zło w walce ze zbędnymi kilogramami. Czasami trzeba wytoczyć cięższe działa.

Dlaczego ja się bez niego obejść nie mogę? Tu zaprzeczę sama sobie – bo się przyzwyczaiłam. A właściwie swoje mięśnie przyzwyczaiłam do tego, że poza treningiem, który je odsłania, a więc dzięki takiemu, który spala tłuszcz, moje mięśnie same w sobie też muszą swoje wycierpieć. Owszem – moim celem jest zrzucenie kilogramów, ale nie mam na to parcia. Bez 3-4 kg będę czuć się dobrze, ale pomijając wiszące na mnie ciuchy, teraz też jest ok. Nie było tak, gdy skupiłam się na ćwiczeniach stricte na spalanie. Czułam się szczuplejsza, ale nie czułam żeby moje ciało było bardziej jędrne. Było go mniej, ale nie w takim stanie, w jakim chciałabym je widzieć, dlatego przed ćwiczeniami na spalanie, robię najpierw 15-20 min. z treningu obwodowego, żeby zbudować to, co zrzucony tłuszcz ma odsłonić.

I to, że FBW robię PRZED kardio, też ma znaczenie i tutaj przed określeniem kolejności ćwiczeń (siłowe, czy kardio) też najpierw trzeba sobie określić cel, z tym że to temat na osobny wpis, więc jeśli chcecie takowego – dajcie znać.

Po lewej stronie łóżka

ABM_1465411819

Jestem jedną z tych, co przez pół życia twierdziły, że miłość to rzecz w życiu zbyteczna. Rzecz zbyteczna, a z jej braku poleciałam do psychologa, u którego wypłakiwałam jej brak w relacjach z bliskimi i mężczyznami. Ponieważ kilka lat po tym, nadal ten brak odczuwałam, postanowiłam podtrzymać zdanie, że jest mi niepotrzebna. Z żadnym facetem nie byłam dłużej niż około 4 miesięcy.

Aż pojawił się ON i wszystko jebło. Już na trzecim lub czwartym spotkaniu wyznaliśmy sobie, że i jedno i drugie wpadło i najchętniej przyssałoby się do tego drugiego ciała, żeby być blisko, żeby czuć ukochany zapach i czuć dotyk, na który czekało się od zawsze. Nic nie jest takie jak było. Zmieniło się wszystko – od upodobań kulinarnych, na tym po której łóżka śpię kończąc, pomimo tego że nie mieszkamy razem. Zmieniło się wszystko, ale jednocześnie nikt nie wymaga ode mnie zmieniania się.

Jest tak jak powinno być, chociaż przez moment wszystko stało pod znakiem zapytania. Cały czas mam w głowie fragment z książki „Chcę być kochana tak jak chcę” Katarzyny Miller, mówiący o tym, że najpierw trzeba nad sobą popracować, a później dopiero dzielić się tym, co dobrego udało się w sobie odkryć, a nie szukać kogoś kto pogłaszcze po główce. Kogoś z energią, którą się wessie w siebie na ukojenie łez po wszystkich poprzednich relacjach.

Jeżeli młoda dziewczyna marzy o tym, że jej braki, ból i pustka, wszystkie uczucia, które mają swój początek w jej rodzinnym domu, zostaną wypełnione przez ukochanego, jest dość wyraźnie skazana na to, że jej się to nie uda. Gdyby wiedziała, że najpierw musi włożyć sporo własnej pracy, nauczyć się czuć zadowolenie z tego, co ma i co dostała w życiu, a dopiero potem szukać partnera do dzielenia się tym, wówczas albo by go znalazła, albo nie byłaby nieszczęśliwa, gdyby go nie znalazła.

Tu jest ta istotna różnica: między dzieleniem się czymś, co się ma, a pragnieniem dostania od kogoś czegoś, co wypełni wewnętrzną pustkę, brak, cierpienie i tęsknotę. Zobacz, jaki smutno-śmieszny paradoks: chcemy się zakochiwać z powodu nieszczęścia.

W moim wypadku doszło do sytuacji, kiedy dawałam tylko schizy i lęk. Że prędzej czy później mnie zostawi; że zrobię coś źle; że się mną znudzi etc. Samonapędzająca się machina, bo przez to właśnie psuło się wszystko. Po rozmowie, która pomogła wrócić mi na dobre tory, jest z powrotem dobrze, a nasza relacja wchodzi w etap kiedy dla mnie największym komplementem jest to, że gdy się widzimy słyszę „Mam ci tyle do opowiedzenia”, a nie to że mam gładką skórę.

Doszłam do wniosku, że w związku jak w matematyce, często trzeba coś dzielić. Można dzielić ze sobą łóżko i poza łóżko żadnych emocji nie przenosić, ale ten etap życia mam za sobą. Można dzielić włos na czworo i szukać dziury w całym – to też przeminęło. Można też dzielić się sobą nawzajem i cieszyć się tym, że ta druga strona wie pod jaki adres się zgłosić, żeby znaleźć spokój i ucho, które wysłucha wszystkiego na co będzie gotowe zareagować serce. I to jest właśnie moje TU i TERAZ.

Rozstania, przewroty, zmiany i śmierć

ABM_1464552656

Przewrót majowy. Tak w skrócie można by opisać ten miesiąc. Po rewolucjach w pracy, w rodzinie, w uczuciach, treningach, a nawet fryzurze, spieczona jak kurczak na balkonowym ruszcie – wróciłam. Czy do żywych, to się okaże. W każdym razie właśnie mija pierwszy leniwy weekend od kilku tygodni, wolny od złych emocji i wymyślania złych scenariuszy.

W pracy zmiany. Na razie nie dotyczące mnie, ale ponieważ nie zdążyły rozkręcić się jeszcze na dobre, czas pokaże co przyniosą, ale jestem dobrej myśli.

Ponad to rozstania i pogrzeb, a wszystko w najbliższej rodzinie.
Rozstania na szczęście nie moje, aczkolwiek po czterech miesiącach szczenięcej fascynacji przyszło otrzeźwienie i trzeba było kilka zmian wprowadzić. Głównie w moim sposobie myślenia o związku, który przybierał postać nieustającego lęku, że coś pójdzie nie tak, że coś zepsuję, przez co wszystko zmierzało do tego, że mogło być niefajnie. Zmierzało, ale zawróciło i niedługo minie pięć miesięcy z moim Umiłowanym. Pięć miesięcy zupełnie wyjątkowych i totalnie różnych od wszystkich pozostałych, jakie w swoim trzydziestoletnim życiu przeżyłam.

No i treningi. Ćwiczę nadal program „Bikini” Ewy Chodakowskiej, ale w połączeniu z treningiem obwodowym. Po kilku tygodniach treningu na spalanie kondycja owszem była dobra, ale mięśnie dopominały się o porządny wycisk siłowy i rozciąganie. Efekt jest taki, że muszę wymienić garderobę. Głównie tą od pasa w dół, bo wszystkie spodnie zatrzymywałyby się w okolicach kolan, gdyby nie pasek, który zapinam na coraz dalsze dziurki.

Ogólnie – ten miesiąc był totalnie od czapy. Minął mi właściwie na niczym. Nie zrobiłam nic konkretnego. Nie dokonał się żaden cud. Nie wydarzyło się nic niespodziewanego poza śmiercią brata mojej mamy. Wręcz odpuściłam mnóstwo spraw – pisanie, czytanie i o mało co treningi, do których coraz trudniej było mi się motywować pomimo tego, że widzę efekty.

Może ten maj miał mi zastąpić zimny prysznic i pogrozić palcem, że to co dostaję ostatnio stracę, jeśli z powrotem zamknę się z dala od ludzi ze swoim czarnowidztwem. Nie potrafię nazwać tego co sprawiło, że z ulgą żegnam ten miesiąc. Wycisnął ze mnie mnóstwo energii i nie mogę doczekać się kolejnego, z którego to ja tym razem, postaram się wycisnąć jak najwięcej.